30. rocznica zatonięcia promu Heweliusz. Wśród ocalałych był mieszkaniec Szczecinka

Rajmund Wełnic
Rajmund Wełnic
Jan Heweliusz” w Świnoujściu. Czerwiec 1992 roku, czyli pół roku przed zatonięciem
Jan Heweliusz” w Świnoujściu. Czerwiec 1992 roku, czyli pół roku przed zatonięciem PAP/CAF JERZY UNDRO
W 30. rocznicę zatonięcia promu "Jan Heweliusz" największej cywilnej polskiej tragedii na morzu, przypominamy nasz reportaż oparty na wspomnieniach Jerzego Petruka ze Szczecinka, jednego z nielicznych ocalałych.

W niedzielę, 14 stycznia, mija 30. rocznica zatonięcia promu ,,Jan Heweliusz”. W największej katastrofie polskiej marynarki handlowej zginęło 55 osób. Wśród dziewięciu ocalałych był Jerzy Petruk, motorzysta okrętowy mieszkający w Szczecinku. Mieliśmy z nim okazję rozmawiać w roku 2001, dziś przypominamy nasz tekst.
Prasowe doniesienia z przebiegu katastrofy, sądowe relacje z ciągnących się latami procesów o ustalenie przyczyn zatonięcia promu, czy filmowe obrazy wywróconego do góry dnem "Jana Hewelisza" nie są w stanie oddać uczuć jakie przeżywali ludzie na tonącym statku. Jerzy Petruk próbował potem wrócić do pływania, ale okazało się to ponad jego siły:

- Jakiś rok po katastrofie "Heweliusza” wychodziliśmy z portu w Szczecinie na statku "Puck”

– wspomina. –

Zaraz po minięciu główek portu w Świnoujściu dostaliśmy silny podmuch z boku, statek mocno się przechylił, a ja zacząłem się zastanawiać, czy się wyprostuje. Wtedy do mnie dotarło: chłopie, z takim nastawienie daj sobie spokój z pływaniem.

MARYNARZ Z WYBORU

Zawód marynarza pan Jerzy wybrał już jako kilkunastolatek. Po skończeniu Liceum Morskiego w Gdyni i odsłużeniu wojska w lecie 1987 roku popłynął w swój pierwszy rejs. – Na ,,Zawichoście” popłynęliśmy do Afryki Zachodniej – wspomina. ,,Zawichost” był jednostką z serii tzw. jeziorowców – statków zaprojektowanych i przystosowanych do żeglugi po Wielkich Jeziorach w Ameryce Północnej i Afryce służba na nim przypominała katorgę. W tropikach w maszynowi temperatura dochodziła do 60 stopni. Później były rejsy na kierunku azjatyckim, wizyty w większości portów europejskich, Ameryka Południowa, USA. – Przeżyłem też początek wojny w Zatoce Perskiej, gdy Amerykanie wyczarterowali nas do przewozu sprzętu wojskowego w czasie konfliktu o Kuwejt – mówi J. Petruk. Tak jak każdemu marynarzowi najbardziej doskwierały mu długie rozłąki z rodziną. W lecie 1992 roku udało się zamustrować na prom samochodowo – kolejowy ,,Jan Heweliusz”. Służba na promach bałtyckich miała zasadniczy plus – po 14 dniach pływania następowało 14 dni wolnego.

12 w SKALI BEAUFORTA

Początek roku 1993 był bardzo mroźny. Oblodzone drogi spowodowały komunikacyjny paraliż. – Do Świnoujścia zabierał nas w Koszalinie autokar jadący z Gdyni – opowiada pan Jerzy. – Czekałem na autobus ponad godzinę, a w środku okazało się, że wielu członków załogi nie zdążyło z powodu ślizgawicy na drogach. Na postoju pod Będzinem autobus dogoniła taksówka, którą dojechało kilku marynarzy. Wśród nich drugi mechanik z ,,Heweliusza”. – Zginął potem w katastrofie i nie można było znaleźć jego ciała – mówi J. Petruk. – Wyobrażałem sobie potem, że może utknął gdzieś między wodoszczelnymi grodziami, bez możliwości wydostania się i ze świadomością, że czeka go pewna śmierć, jak marynarzy uwięzionych na okręcie podwodnym ,,Kursk”. Wizja ta - do czasu aż płetwonurkowie nie znaleźli ciało kolegi we wraku promu - nie dawała panu Jerzemu spokoju. Na swój ostatni rejs śpieszyli się też inni członkowie załogi, którzy dołączyli już po powrocie z Ystad. – Czasami zastanawiam się jakim cudem przeżyłem, ile miałem szczęścia, jaki przypadek zadecydował, że ocalałem – zamyśla się. – Żona najlepszego kolegi z ,,Heweliusza” spytała mnie kiedyś dlaczego zginął jej mąż, a nie ja. Co miałem powiedzieć?

Prom wychodził w morze 13 stycznia. Morze było wzburzone (5 – 7 stopni Beauforta), a prognozy zapowiadały sztorm o sile 8 – 9 do 10 stopni w skali Beauforta. Nikt nie spodziewał się huraganu ,,dwunastki”. Rejsu odbywały się w takich warunkach choć właśnie kilka dni wcześniej silny podmuch wiatru w wysoką burtę zepchnął statek na nabrzeże w Ystad. Wtedy to uszkodzono furtę rufową. – Spałem po służbie w swojej kajucie, gdy nagle obudził mnie przechył – Jerzy Petruk wspomina tamtą noc. – Pospadało trochę sprzętów, ale pozbierałem je i położyłem się z powrotem do koi. Promem mocno kołysało, ale nie budziło to żadnego niepokoju doświadczonych marynarzy przywykłych do żeglowania w sztormie.

Nagle rozległy się dzwonki alarmowe, a kapitan przez megafon wydał rozkaz opuszczenia statku. – Jeszcze wtedy nie myślałem, że coś nam grozi, że to może kolejne ćwiczenia, ale zacząłem nakładać kombinezon termiczny – opowiada marynarz ze Szczecinka. – Pamiętam, że mieliśmy już mocny przechył na lewą burtę, a ja mocowałem się z drzwiami do kajuty, które nie chciały się zamknąć – nie chciałem po powrocie szukać rzeczy po całym korytarzu. Korytarz wspinał się pod górę, a z pokładu lały się strugi wody. Była tylko jedna poręcz, a śliskie linoleum nie ułatwiało wspinaczki. Jerzy Petruk spotkał po drodze kolegę wracającego z wachty w maszynowni i dał mu pas ratunkowy. Ludzi wyciągano się z wnętrza statku przy pomocy podawanych z pokładu kapoków. Na zewnątrz szalał rozwścieczały żywioł, wodna kipiel, ryk fal i wycie wiatru. Prom był już wtedy skazany na zagładę.

Powiększał się przechył, a jednostka praktycznie zatrzymała się i utraciła stateczność. W tym położeniu nie można było opuścić szalup ratunkowych. Pozostały tratwy. – II oficer zawołał mnie, aby podawać pasy kierowcom i zbierać się przy tratwach – relacjonuje J. Petruk. Nagle nad huk huraganu wzbił się przeraźliwy łoskot pękających łańcuchów, które przytrzymywały ciężarówki na pokładzie ładunkowym. Przewracające się TIR-y przesunęły środek ciężkości promu i ,,Hewelisz” w oczach zaczął się kłaść na lewą burtę. – Stałem wtedy już wtedy na leżącej prawie nadbudówce i wskoczyłem do tratwy – mówi J. Petruk. – Kto był bliżej to zdążył.

ROZBITKOWIE

W pierwszej chwili w tratwie znalazło się kilkanaście osób, z których część przeniosła się potem do innej trawy. Rozbitkom wydawało się, że pomoc nadejdzie bardzo szybko. Przecież Bałtyk to jeden z najbardziej zatłoczonych akwenów, a tuż obok są bazy ratownictwa morskiego. Wokół znajdowało się wiele statków – m.in. bliźniaczy prom ,,Mikołaj Kopernik” i prom ,,Nieborów”, gdzie marynarze przez radio słyszeli dramat załogi i pasażerów ,,Heweliusza”.

– To tak jakby rozbić się w centrum miasta – uważa Jerzy Petruk. Pierwszy śmigłowiec przyleciał jednak dopiero o półtorej godzinie. Ludzie bez kombinezonów zaczęli słabnąć pierwsi. W tratwie było pełno lodowatej wody, a wyziębienie organizmów postępowało błyskawicznie. – Braliśmy ich na kolana, obejmowaliśmy ramionami, aby choć trochę ogrzać – opowiada pan Jerzy. Niestety pierwszy zmarł jeden z kierowców. Z helikoptera rzucono linę, która zahaczyła się o pas przy kombinezonie II motorzysty. Człowiek – niczym piórko - wzleciał do gry, a wraz z nim szczepiona sąsiednia tratwa. Po chwili wszyscy spadli do wody. Motorzysta przeżył, ale rozbitkowie w wywróconej do góry dnem tratwie nie mieli szans – udusili się. Według naszego rozmówcy nie doszłoby do tego, gdyby niemieccy ratownicy spuszczali się – tak jak ekipy duńskie i polskie – na dół. Po nieudanej próbie odsieczy śmigłowiec odleciał.

Około godziny 7.30, gdy zaczęły ustępować mroki styczniowej nocy, na horyzoncie pojawił się statek niemiecki ratowniczy ,,Arkona”. Niemcy rzucili na burtę siatkę, po której mieli się wspinać rozbitkowie z ,,Heweliusza”. Dwóm osobom się to udało mimo rosnącego osłabienia, jeden z marynarzy zginął z roztrzaskaną głową, gdy fala rzuciła go na jakąś krawędź. – Na wzburzonym morzu momentami podnosiło nas na wysokość pokładu ,,Arkony” i w pewnej chwili chciałem nawet przeskoczyć, ale się wystraszyłem – opowiada J. Petruk. W tratwie pozostało czterech ludzi. Było już zupełnie jasno, gdy zabrał ich kolejny śmigłowiec. Wokół na wodzie unosiły się ciała. – Po trzech kwadransach byliśmy na lotniku, a po godzinie w szpitalu w Stralsundzie i dopiero tam okazało się, że uratowano tylko dziewięć osób z 29 –osobowej załogi, a zginęli wszyscy pasażerowie – mówi J. Petruk.

Wkrótce po tragedii ,,Jana Hewelisza” J. Petruk zamustrował się ponownie. Dramatyczne przeżycia pozostawiły jednak swój ślad w psychice. – Niektórzy koledzy wciąż pływają, ja nie byłem w stanie i zostałem na lądzie – mówi.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

TVP: Morawiecki: Tusk popełnił fundamentalne błędy wobec Rosji

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na szczecinek.naszemiasto.pl Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie