Wojenne wspomnienia dawnego mieszkańca Szczecinka. Tak zapamiętał Neusttetin [zdjęcia]

Rajmund Wełnic
Rajmund Wełnic
W tej narożnej kamienicy zmieszał  Hans Norbert Strietzel
W tej narożnej kamienicy zmieszał Hans Norbert Strietzel archiwum
Wojenne wspomnienia doktora Hansa Norberta Strietzela ze Szczecinka pokazują pogmatwane pomorsko-niemiecko-polskie dzieje. Możemy je poznać dzięki historycznej pasji Dariusza Tederko i Michaela Morkischa.

Pierwszy z panów jest pasjonatem lokalnej historii, szczególnie Bornego Sulinowa, który zbiera m.in. relacje dawnych mieszkańców tych stron. Drugi przetłumaczył z niemieckiego obszerne fragmenty wspomnień doktora Hansa Norberta Strietzela, zmarłego w roku 2017 w wieku 88 lat.

CZYTAJ TEŻ:

Mieszkańcy Szczecinka mogą go kojarzyć z inicjatyw wybudowania w miejscowym parku obelisku poświęconego dawnym mieszkańcom Neusttetin i przemówienia w duchu pojednania jakie w roku 2018 podczas odsłonięcia pomnika wygłosił. I akcji – ostatecznie zakończonej fiaskiem z uwagi na opór ziomków – przekazania do Szczecinka dzwonu z dawnego kościoła św. Mikołaja, który trafił do parafii Lage w Westfalii. Sprzeciw wobec tego planu pokazuje, że nie wszystkim takie gesty wśród nielicznych już dawnych mieszańców się podobają.

Mieszkał w centrum Neustettin

Ale do rzeczy. Hans Norbert Strietzel urodził się w roku 1929 w Szczecinku, dokąd dwa lata wcześniej z Wrocławia przyjechali jego rodzice. Ojciec był lekarzem, mieszkali w kamienicy na rogu obecnego placu Wolności i ulicy Bohaterów Warszawy, gdzie na parterze mieściła się Apteka pod Gryfem.

- Chodziłem do przedszkola i szkoły podstawowej na ulicy Friedrichstrasse (dziś 1 Maja), a potem do gimnazjum Fürstin-Hedwig-Oberschule (szkoła wyższa im Księżnej Jadwigi - dziś I LO) do końca piątej klasy w lecie 1944 roku – pisze Hans-Norbert Strietzel. - Mój ojciec, urodzony w 1889 roku, przeżył I Wojnę Światowa, jako student medycyny i na zachodzie i na wschodzie. Od mniej więcej 1942 roku został powołany do Wehrmachtu. Od tego momentu był szefem rezerwowego szpitala polowego utworzonego w Pestalozzischule (dziś Szkoła Podstawowa nr 1), gdzie przed południem opiekował się rannymi żołnierzami, a od popołudnia zajmował się opieką nad pacjentami cywilnymi z miasta i powiatu Szczecinek.

Po katastrofalnej klęsce 6. armii w Stalingradzie dalszy przebieg wojny dla mojego ojca był jasny. Zgodnie z krótką instrukcją mojego ojca: „Jestem żołnierzem, nie mogę się teraz o was troszczyć, udasz się z mamą na zachód od linii Hamburg-Nordhausen” opuściłem z końcem 1945 roku razem z moja matką mój kochany Szczecinek.
I dalej: - 30 lat później przyjechałem po raz pierwszy z powrotem. Podczas prywatnej podroży samochodem z moim synem Kaiem (w 1976 miał 16 lat) poczułem się po przejechaniu NRD z jej przygniatającą atmosferą w także komunistycznej Polsce o wiele swobodniej. (…)

- Po feriach letnich 1944, regularne zajęcia w naszym gimnazjum w Szczecinku właściwie się nie odbywały – pisze autor. - W sierpniu dowiedziałem się ze z całego Pomorza Tylnego dwa tysiące młodych chłopców ściągniętych zostało do Groß Born (Borne Sulinowo) do prac fortyfikacyjnych przy Wale Pomorskim przeciwko nadciągającej armii sowieckiej. Dla nich miał być przygotowany punkt szpitalny. Było dla mnie natychmiast jasne, to było moje zadanie! jako mniej więcej 12-latek przechodziłem w szpitalu w Szczecinku szkolenie pierwszej pomocy, organizowane prawdopodobnie przez NSDAP, ale przeprowadzane przez lekarzy szpitala. Po nim miałem w miarę jasne pojęcie o budowie ludzkiego ciała, funkcji organów wewnętrznych oraz o odpowiednich metodach leczenia w razie nagłych przypadków.

Nastolatek leczył żołnierzy

Tak wyposażony i ze świadomością, że w razie, czego mam najlepszego doradcę w postaci mojego ojca przybyłem do Groß Born. Byliśmy tam w trójkę. Ze mną był mój kolega z klasy Erhard Appelius, także 15-latek i jeszcze jeden urodzony berlińczyk, nieco starszy, ale umiejący sprostać każdej trudnej sytuacji.

Natrafiliśmy na wiejską szkołę, uprzątniętą z mebli z długim ciągnącym się po środku korytarzem i klasami po obu jego stronach. Był tam pełny inwentarz środków pierwszej pomocy przy chorobach i urazach: miejscowe środki znieczulające, strzykawki do zastrzyków, skalpele, leki, bandaże, maści. Naszym pierwszym zadaniem było wniesienie zmagazynowanych za szkołą drewnianych ram łóżkowych do klas i złożenie ich w dwupiętrowe prycze.
Zauważyłem przy tym w szparach drewna małe, podobne do biedronek zwierzątka, od razu wiedziałem ze lóżka są zapluskwione. Wsiadłem na rower i pojechałem do komendantury Gross Born. Muszę przyznać ze byłem bardzo zdumiony dotarłszy do miasta złożonego z jednolitych „koszarowców” z bardzo czystymi i zadbanymi terenami zielonymi i asfaltowymi drogami. Siedzącemu za dużym biurkiem podpułkownikowi bądź pułkownikowi zdałem raport. „Nie mamy zapluskwionych łóżek” odpowiedział. „Mogę pana pułkownika przekonać?”

Pojechałem znowu do szkoły i pincetą zebrałem i wrzuciłem do szczelnie zamykanego, do połowy wyplenionego woda słoika parę pluskiew, popedałowałem z powrotem do komendantury i postawiłem pułkownikowi na biurku. „Czy pan pułkownik zechce się przekonać?” Jego krótka odpowiedź brzmiała: „spalić te łóżka, dostaniecie metalowe ramy!” Miałem 15 lat i byłem z siebie dumny.

(…) Ja zostałem odpowiedzialny za zaopatrzenie chorych i rannych chłopców. O ile wiem, byli oni zakwaterowani w budynkach koszarowych i spali bardzo ściśnięci na betonie na siennikach bezpośrednio pod dachami budynków. (…).

Mój przyjaciel Erhard Appelius powiedział do mnie niedawno, że statystycznie leczyłem każdego z tych dwóch tysięcy chłopców przynajmniej raz. Przez te wszystkie miesiące poza wrażeniami, które opisałem przy okazji dwóch podroży do komendanta nie widziałem samego z garnizonu Groß Born nic, tak więc nie mogłem zaobserwować żadnych działań militarnych. Także poza siedzibą HJ (Hitlerjugend) nie mam żadnych wspomnień z miejsca zwanego Linde.

Koniec wojny

Dwa lub trzy razy przejechałem na rowerze tam i z powrotem po 24 kilometry na krótkie odwiedziny w domu. Po drodze, gdzieś pomiędzy miejscowością Krągi, a Szczecinek po raz ostatni widziałem moją koleżankę z klasy Käthe Worlitzsch, która pieszo w styczniu była gdzieś w drodze w ucieczce i zginęła pod ostrzałem samolotów nurkujących.

W listopadzie zostałem przeniesiony w okolice Trzesiecka gdzie miałem być dostępny dla niewielkiej liczby chłopców w „chacie OT” (OT – organizacja Todt - utworzona w 1938 w Niemczech organizacja, której zadaniem była budowa obiektów wojskowych, przyp. tłumacza). Mój ojciec razem ze swoimi rannymi i jednocześnie z wojskami frontowymi Wehrmachtu opuścił w lutym 1945 roku Szczecinek i kontynuował przemieszczanie się zgodnie z rozkazami przełożonych służb medycznych. Ostatni rozkaz wskazywał, jako cel Lüneburg (Dolna Saksonia). Rozkaz ten mój ojciec zinterpretował, jako „cichą poradę” idźcie do niewoli do Anglików. Udało mu się jeszcze przeżyć postrzał w brzuch, który dostał w ostatnich dniach wycofywania się.

Epilog: po wojnie nasz bohater w Niemczech Zachodnich został lekarzem, był także aktywnym działaczem stowarzyszenia dawnych mieszkańców powiatu szczecineckiego. Zmarł w roku 2017.

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie