Wybuch w bazie sowieckiej w Bornem Sulinowe. Tajne przez poufne do dziś [zdjęcia]

Rajmund Wełnic
Rajmund Wełnic
Tragedię, jaka w latach 80. rozegrała się w sowieckiej bazie wojskowej w Bornem Sulinowie, do dziś otacza głęboka tajemnica. W pożarze składu amunicji zginęło przynajmniej kilku żołnierzy, zniszczeniu uległo także wiele sprzętu.

Mieszkańcy wsi z okolic Bornego Sulinowa do dziś wspominają wydarzenia z połowy lat 80. minionego stulecia. W tajnej – ale jak się okazuje nie dla miejscowych – bazie stacjonowała największa jednostka Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, czyli część oddziałów 6. Witebsko-Nowogródzkiej Dywizji Zmechanizowanej. W sumie około 10 tysięcy żołnierzy, oficerów, członków ich rodzin i pracowników cywilnych. Oprócz tego część dywizyjnych formacji była ulokowana w pobliskim Szczecinku, Gródku (Kłominie) i Białogardzie. W supertajnej Brzeźnicy Rosjanie mieli skład głowic atomowych. Teoretycznie nigdzie tam osoby postronne wstępu nie miały, w praktyce Polacy kręcili się głównie po poligonie, ale też swoimi sposobami dostawali się do samego Bornego Sulinowa, głównie, aby zrobić zakupy w dobrze zaopatrzonych sklepach.

CZYTAJ TEŻ:

Ale nie zimą na przełomie lat 1985 i 1986. Wtedy doszło do dramatycznych wydarzeń, które dziś pewnie przykułyby uwagę nie tylko ogólnopolskich mediów, a telewizje informacyjne miałyby temat na tydzień. Przypuszczalny przebieg wydarzeń odtwarzamy na podstawie prywatnego śledztwa pasjonatów borneńskiej historii i wspomnień mieszkańców okolicznych wiosek. Polskie służby ratownicze oczywiście nie zostały dopuszczone na miejsce tragedii, w oficjalnych mediach z tamtego okresu nie ma nawet wzmianki o tym co się stało. Rosjanie także Polaków o niczym nie informowali. Tymczasem ludzie doskonale pamiętają, że od strony garnizonu przez kilka dni dochodziły odgłosy eksplozji, a nocami niebo rozświetlała łuna wielkiego pożaru. Rejon bazy został otoczony szczelnym kordonem wojska, nie było mowy, aby wtedy dostać się do Bornego.

Wiesław Bartoszek, kolekcjoner sprzętu wojskowego, mieszkał wtedy w Dąbrowicy. – Osiedliłem się tam w roku 1984 i to wydarzyło się następnej zimy, pamiętam dobrze, bo maszerowałem wtedy po zamarzniętym jeziorze Pile – wspomina. Oto co udało mu się ustalić na podstawie rozmów z żołnierzami, którzy mimo wszystko dzielili się szczegółami wypadku. Otóż w okolicach nieczynnego dziś wysypiska śmieci (obok drogi do Łubowa) Rosjanie mieli skład amunicji tzw. bomboskład nr 2 (poniemiecki bomboskład nr 1 znajdował się w rejonie dzisiejszego ośrodka szkoleniowego strażaków).

Cała jednostka była wówczas na stopie wojennej, co oznaczało, że cały sprzęt musiał być w gotowości bojowej do natychmiastowego użycia – sprawny i zatankowany, wyładowany amunicją. Pojazdy podjeżdżały po prostu do stacji paliw i tankowały, nikt tego nie rozliczał. Ale sprawdzenie tego było obowiązkiem dyżurnego podoficera, bo zdarzało się, że żołnierze osuszali zbiorniki i sprzedawali paliwo po okolicznych wsiach.

Zgubiła go rutyna – prawdopodobnie w ciemnym garażu postanowił sobie zaświeć zapalniczką, aby sprawdzić, ile paliwa jest w samochodzie Urał. Płomyk pozwalał dojrzeć dno zbiornika. Tym razem jednak poszło coś nie tak. Doszło do zapłonu. Ogień ogarnął pojazd, wkrótce zaparkowane obok i – co gorsza – także skład amunicji, gdzie trzymane były pociski wszelkich możliwych typów. Ich wybuchy uniemożliwiły wkrótce jakąkolwiek akcję, choć Rosjanie próbowali desperacko zapobiec dalszym stratom.

– Przy pomocy wozu zaopatrzenia technicznego (pojazd na podwoziu czołgu, ale bez wieżyczki, który służy m.in. do ściągania uszkodzonych czołgów z pola walki – red.) próbowali podjechać do płonących wozów, zaczepić linę i odciągnąć płonące wraki – mówi Wiesław Bartoszek.

Straty były jednak ogromne. Spłonęła trudna do ustalenia liczba pojazdów wojskowych, także czołgów. Na portalu miłośników historii Szczecinka www.szczecinek.org jeden z internautów opublikował zdjęcia kilku zniszczonych czołgów. Pochodzą one ze strony vk.com i przedstawiają ponoć skutki tamtego wypadku.

Ogląda je Wiesław Bartoszek. Widać, że siła eksplozji wyrywała czołgowe wieżyczki. Nasz rozmówca miejsce zdaje się poznawać, choć dziwi go, że to czołgi T-55, których już wtedy Armia Radziecka raczej nie używała. Doborowa dywizja była wyposażona w nowe T-80. Ale być może starsze typy jeszcze gdzieś były w rezerwie. Ewentualnie ich podwozia wykorzystywano jako WZT. Po trzech dniach pożar samoistnie wygasł. Bomboskład nr 2 nie nadawał się już do użytku. Rosjanie zburzyli jego resztki, uprzątnęli z grubsza pogorzelisko. Nikt jednak nie kłopotał się unieszkodliwieniem stosów niewypałów. Uznano, że amunicja, która nie eksplodowała, i tak nie nadaje się do użytku, nie ma sensu ryzykować życia saperów i całość przysypano ziemią. Już na początku lat 90., gdy Rosjanie wyjechali z Polski i Bornego Sulinowa, a teren przejęła gmina Silnowo postanowiono tu urządzić komunalne wysypisko śmieci. Samorząd miał ogromne problemy z rozminowaniem tego terenu. – Prowadziliśmy wtedy ze znajomym skup złomu w pobliżu i wciąż znajdowaliśmy pociski różnego rodzaju, nawet kilkumetrową rakietę z silnikiem, choć bez głowicy bojowej – mówi Wiesław Bartoszek.

Największą zagadką pozostają straty w ludziach. Dowódcy sowieccy przesadnie życiem swoich podwładnych się nie przejmowali, nie tylko w czasie wojny. Dariusz Tederko, pasjonat historii z Bornego Sulinowa, próbował ustalić, ile pochówków miało w tym czasie miejsce na cmentarzyku ze słynną pepeszą. Nie było to łatwe, bo żadna ewidencja się nie zachowała, a z wielu grobów zniknęły aluminiowe tabliczki z datami urodzin i śmierci. Czasami też Rosjanie po prostu chowali zmarłych w niejasnych okolicznościach (np. dezerterów) w bezimiennych grobach.
Znana jest relacja spod Złotowa, gdzie ukrywał się uciekinier z Bornego, którego radziecka żandarmeria przyjechała ująć od razu z trumną. Wiesław Bartoszek słyszał także opowieść od milicjanta, który odstawiał złapanego dezertera do Bornego Sulinowa. Został ponoć rozstrzelany od razu w wartowni. Tak czy inaczej na cmentarzu spoczywa kilku młodych żołnierzy pochowanych w połowie lat 80. Niewykluczone, że niektóre ciała ofiar tragedii w bomoskładzie, wysłano do ZSRR. Plotka, trudna dziś do zweryfikowania, głosi bowiem, iż w wypadku zginęło nawet kilkunastu żołnierzy. Taką ilość trumien mieli ponoć zamawiać Rosjanie w jednym z okolicznych zakładów stolarskich.

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie