Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Wspomnienie legendy piłkarskiego Darzboru Szczecinek. Z dziejów futbolu [zdjęcia]

Rajmund Wełnic
Rajmund Wełnic
Lata 50. XX wieku, zespół Darzboru na swoim stadionie w Szczecinku
Lata 50. XX wieku, zespół Darzboru na swoim stadionie w Szczecinku archiwum
Mija 13 lat od śmierci Wacława Żmurkiewicza, założyciela pierwszych klubów piłkarskich Szczecinka, czyli Kolejarza i Darzboru. To okazja, aby wspomnieć słynnego piłkarza i historię szczecineckiej piłki nożnej.

Najstarszym klubem sportowym w ogóle w Szczecinku jest Darzbór. Już w roku 1945, zaraz po zdobyciu miasta i przyjeździe pierwszych repatriantów, zaczynają oni kopać futbolówkę. Najpierw jeszcze niezorganizowani, ale jeszcze w tym samym roku powołany zostaje do życia – oczywiście przez leśników - Leśny Klub Sportowy Darzbór. Kilka tygodni później powstaje KS Kolejarz, rzecz jasna utworzony przez pracowników kolei – choć według wspomnień Wacława Żmurkiewicza to Kolejarz był pierwszy. 4 lata później Darzbór łączy się z harcerskim klubem Czuwaj. Potem nastały niewesołe czasy stalinowskiej urawniłowki w sporcie, próby ujednolicenia różnorodności na wzór sowiecki i odcięcia się od korzeni. To wtedy zasłużoną Polonię Warszawa przemianowano na Kolejarza. Nie ominęło to i Darzboru, który w roku 1950 nazwano Zrzeszeniem Sportowym Unia Darzbór. To w jego barwach – bo klub był już wielosekcyjny – startował na igrzyskach w Helsinkach w roku 1952 Winand Osiński, maratończyk, pierwszy olimpijczyk z Koszalińskiego.

JAK TO Z DARZBOREM SZCZECINEK BYŁO

Nazwę klubu zmieniano jeszcze kilka razy w latach 50. – na Spójnia Darzbór i Sparta Darzbór. Najważniejsze jednak było połączenie z Kolejarzem w roku 1956 i utworzenie Kolejowego Klubu Sportowego Darzbór. W tych czasach przyjął się bowiem na dobre branżowy podział w sporcie – niektórymi klubami opiekowało się wojsko (Legia Warszawa, Śląsk Wrocław), innymi kopalnie (praktycznie wszystkie śląskie), a jeszcze innymi koleje (Lech Poznań, czy wspominana Polonia). Nie da się ukryć, że Darzbór bardzo na tym skorzystał. Nie dość, że mocno wpisał się w koloryt Szczecinka, nie bez kozery nazywany miastem leśników i kolejarzy, to jeszcze stał się właścicielem stadionu przy jeziorze Trzesiecko i pobliskiej szkoły kolejowej. To tam była przez lata baza sportowa klubu, który miał kilka sekcji, łącznie z judo, podniszczeniem ciężarów, kajakami, koszykówką, hokejem, czy akrobatyką. To, w jaki sposób już w latach 90. klub pozbył się tego majątku, to temat na inną opowieść.

Ale wracajmy do historii. W roku 1969 Darzbór do swej nazwy dopisuje po raz kolejny nowy człon – Lechia, po połączeniu z wojskowym klubem o tej nazwie. Sześć lat później wraca jednak początków. I tak przez lata działa jako Międzyzakładowy Kolejowy Klub Sportowy Darzbór. Nie sposób nie wspomnieć o epizodzie z połowy lat 90. i krótkiej fuzji z Wielimiem pod szyldem Klub Piłkarski Szczecinek. Drogi wielimowców i darzborowców szybko się jednak rozeszły, by ponownie się połączyć przy kolejnej fuzji w roku 2015 w Miejski Klub Piłkarski Szczecinek.

Sportowo Darzbór raczej nie był nigdy na topie. Owszem, bywały lata, że należał do czołówki w województwie koszalińskim, ale poza poziom III ligi – w której spędzili w sumie kilkanaście lat - nie udało się przebić. Najbliżej tego darzborowcy byli w roku 1961, gdy przegrali baraże o II ligę z Wartą Poznań. Czarnymi Żagań i Czarnymi Szczecin. Zwykle balansują – biorąc pod uwagę liczne reorganizacje rozgrywek – między okręgówką a III ligą. Dziś MKP Szczecinek gra IV lidze zachodniopomorskiej, de facto na piątym poziomie rozgrywkowym. Co nie znaczy, że z klubu nie wyszli wybitni zawodnicy – dość wspomnieć Jana Pieszko, dwukrotnego mistrza Polski w barwach Legii w latach 60. i 70., czy w bardziej współczesnych czasach Artura Bugaja, Jarosława Fojuta, mistrza kraju ze Śląskiem Wrocław.

LEGENDA DARZBORU SZCZECINEK

Solą kluby byli zawsze piłkarze i działacze oraz kibice tworzący swoisty koloryt jeszcze na starym stadionie sprzed modernizacji w latach 90. Nie sposób tu nie wspomnieć zmarłego przez w roku 2011 Wacława Żmurkiewicza, kolejarza, repatrianta z Lwowa, który już w czerwcu 1945 roku zameldował się z narzeczoną w Szczecinku. Wacław Żmurkiewicz zmarł w wieku 87 lat. Piłka nożna była jego wielką miłością. Mieliśmy z nim okazję rozmawiać przed mundialem w Niemczech w roku 2006, na którym zagrała polska reprezentacja. Pan Wacław pochodził ze Lwowa, gdzie miał okazję podziwiać grę Kazimierza Górskiego, późniejszego najwybitniejszego polskiego trenera.

Stadion Robotniczego Klubu Sportowego we Lwowie mieścił się przy ulicach Cerkiewnej i Obrońców Dworca. – Z naszego domu wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy i już byłem na boisku – mówił nam pan Wacław, wtedy kilkunastoletni Wacek. Na piłkę był więc skazany od zawsze. Dumą Lwowa była wtedy pierwszoligowa Pogoń, ale i RKS grający w okręgówce miał swoich wiernych kibiców. Co niedziela stadion zapełniał się tłumem. – Górski wchodził wtedy do pierwszej drużyny jako junior – pan Wacław pamiętał mecze z 1938 roku. – Żeby wejść bez biletu na stadion nosiłem za nim wtedy buty piłkarskie i stałem za bramką podając piłkę.

W. Żmurkiewicz szkołę powszechną skończył tuż przed wybuchem wojny. Do Lwowa na prawie dla dwa lata wkroczyli Sowieci. O nauce już nikt nie myślał, trzeba było główkować jak przeżyć i utrzymać rodzinę. Ojciec Janiny, jego dziewczyny i późniejszej żony, służył w Korpusie Ochrony Pogranicza, formacji znienawidzonej przez Rosjan i Ukraińców. Groziło im śmiertelne niebezpieczeństwo, bo Stalin na patyczkował się z wrogami. Przed aresztowaniem i wywózką ostrzegł ich znajomy Żyd.

Po Rosjanach Lwów w 1941 roku zajęli Niemcy. Zakazano jakichkolwiek rozgrywek sportowych, wokół szalał terror, łapanki, dantejskie sceny rozgrywały się w żydowskim getcie. Młodzi ludzie imali się najróżniejszych zajęć, aby nie trafić na roboty do Niemiec. – Pracowałam wówczas w wielkiej piekarni produkującej chleb na front wschodni, a Wacek miał chyba z kilkanaście zawodów – wspominała pani Janina.

MECZE Z UKRAIŃCAMI I NIEMCAMI

W środku tej burzy grupa przyjaciół umawiała się na wypady do pobliskiego Janowa na.... mecze w Ukraińcami. – Składaliśmy się po 10 zł i pożyczaliśmy od stróża magazynów RKS zwanego Dziadkiem piłkarskie korki i stroje – mówił pan Wacława. – Wsiadaliśmy w kolejkę i na klepisku nad jeziorem w Janowie kopaliśmy piłkę z Ukraińcami. Czasami wygrywali, czasami przegrywali. Po meczu była wspólna kąpiel w jeziorze, Ukraińcy dawali na odchodnym Polakom bańki z maślanką i umawiali się na kolejne spotkanie. – Żadnej wrogości, choć na boisku bywało niekiedy ostro – wspomina. W tym samym czasie na pacyfikowanym przez ukraińskie bojówki Wołyniu lała się polska krew.

W samym Lwowie o jakimkolwiek sporcie można było pomarzyć. I wtedy niespodziewanie po mieście pocztą pantoflową rozeszła się nieprawdopodobna wieść, że reprezentacja niemieckiego Wehrmachtu zagra mecz piłkarski z Polakami. Niewielu chciało w to uwierzyć. – My też, ale poszliśmy na stadion przy Łyczkowskiej, a tam kilka tysięcy ludzi już siedziało na stadionie – opowiadał pan Wacław, który z setką innych wdrapał się na wysoki parkan, aby cokolwiek dojrzeć.

Wrażenie było niesamowite. Naprzeciwko niemieckiej jedenastki wyszła drużyna złożona z graczy kilku lwowskich klubów. Między słupkami reprezentacyjny bramkarz Spirydon Albański, w polu Żelasko i młody Górski. Przez kilka lat nie widzieli piłki, nie mówiąc już o treningach. Ale gry w piłkę się nie zapomina. Polacy wygrali w końcówce 2:1. Stało się coś niesamowitego. Runął parkan, na którym siedzieli kibice, a kilka tysięcy kibiców oszalałych ze szczęścia ruszyło ulicami Lwowa krzycząc i śpiewając z radości. Gdzieś ulotnił się straż paraliżujący na widok munduru. Na kilka chwili miasto znowu było wolne. – Ludzie przystawali na chodnikach, bo nie wiedzieli co się stało, myśleli, że to koniec wojny – opowiadał świadek tych wydarzeń. – Ukraińska policja nie reagowała, a my szliśmy, jak normalna publika w tych nienormalnych czasach.

Po wojnie drogi lwowiaków się rozeszły. Górski kontynuował karierę w klubach warszawskich. 20-letni Wacław Żmurkiewicz z narzeczoną trafił najpierw do Krakowa. Tam dla repatriantów miejsca nie było. – Ktoś nam powiedział, że na Pomorzu stoją po Niemcach umeblowane mieszkania, tylko jechać i brać – wspominał podróż w nieznane. – Wsiedliśmy w jakiś pociąg towarowy i w czerwcu 1945 roku zajechaliśmy do Szczecinka.

W SZCZECINKU

Kilka miesięcy wcześniej przez miasto przetoczył się front. Niemców i rosyjskiego wojska było więcej niż Polaków, ale z wolna się zadomawiali. Pan Wacław zaczął pracować na kolei, trafił też do Kolejarza, pierwszego klubu piłkarskiego w Szczecinku. Długo tam jednak miejsca nie zagrzał i z leśnikiem panem Matwiejczykiem założył Darzbór. I z tym klubem związał się na dobre i złe.

Traf chciał, że stadion – tak jak w rodzinnym Lwowie – znajdował się rzut kamieniem od domu Żmurkiewiczów. – Przez pewien czas u nas w domu był magazyn i szatnia, gdzie się przebieraliśmy – gospodarz pokazywał nam ślady po piłkarskich korkach do dziś widoczne w podłodze. – Miasto nas wtedy nie hołubiło i przez jakiś czas nie dawali nam korzystać ze stadionowych szatni, bo nie chcieliśmy oddawać 10 procent klubowego dochodu. O jakichkolwiek dochodach trudno było zresztą mówić, bo drużyna utrzymywała się z tego co dali kibice. W przerwie działacze obchodzili trybuny z kapeluszem zbierając datki na sędziego i lekarza. Za to po zwycięskim meczu całą drużynę zapraszał do swojej knajpy w dawnej Słowiance przy ulicy Kościuszki niejaki pan Kolary.

Najwierniejszym kibicem środkowego pomocnika Darzboru była zawsze pani Janina. Mogłaby nucić przebój Marii Koterbskiej „Bo mój chłopak piłkę kopie”. – Byłam na każdym meczu, ileż ja nerwów straciłam krzycząc i dopingując Darzbór – opowiadała nam kilka lat temu. – Nawet już w ciąży i ze sporym brzuszkiem chodziłam na stadion. Co więcej, gdy przyszła pora rozwiązania wypadł właśnie wyjazdowy mecz w Łobzie. – Koledzy stoją pod domem na ciężarówce i krzyczą: Wacek bez ciebie nie jedziemy, a ja mam zaraz rodzić – mówiła pani Janina. – W końcu mówię do męża żeby wezwał akuszerkę i sam uciekał na mecz. Pojechali i wygrali 2:1, a po powrocie powitałam go w domu z pierworodnym synem Januszem w beciku. Tak na świat przyszedł Janusz Żmurkiewicz, obecny prezydent Świnoujścia.

- Tak było, ale naprawdę zależało nam na wygranej – pan Żmurkiewicz wspominał tamte wydarzenia. – Łobez strasznie nas chciał pokonać, o mało nas tam zresztą nie poturbowali, gdy sędzia gwizdnął koniec meczu na pięć minut przez czasem. Patrzę, a wtedy bez boisko sadzi jakiś kibic z drągiem w jednej ręce i budzikiem w drugiej krzycząc, że zostało jeszcze pięć minut. Wystraszony sędzia spytał się mnie, czy zgodzimy się dograć te pięć minut. Dograliśmy i dowieźliśmy zwycięstwo do końca.

Po zakończeniu kariery sportowej W. Żmurkiewicz pozostał związany z Darzborem. Najpierw jako działacz, później jako kibic, którego często można było spotkać na trybunach. – To dzięki niemu udało mi się odtworzyć historię początków klubu i ludzi, którzy tworzyli Darzbór, bo przekazał mi masę bezcennych informacji – wspominał także już dziś nieżyjący Kazimierz Margol, szczecinecki społecznik i działacz sportowy.

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na szczecinek.naszemiasto.pl Nasze Miasto